123

Uwaga! Ta wi­try­na wy­ko­rzy­stu­je pli­ki cook­ies w ce­lu umoż­li­wie­nia dzia­ła­nia nie­któ­rych fun­kcji ser­wi­su (np. zmia­ny ko­lo­ru tła, wy­glą­du in­ter­fej­su, itp.) oraz w ce­lu zli­cza­nia li­czby od­wie­dzin. Wię­cej in­for­ma­cji znaj­dziesz w Po­li­ty­ce pry­wat­no­ści. Ak­tual­nie Two­ja przeg­lą­dar­ka ma wy­łą­czo­ną ob­słu­gę pli­ków co­o­kies dla tej wi­try­ny. Ten ko­mu­ni­kat bę­dzie wy­świet­la­ny, do­pó­ki nie za­ak­cep­tu­jesz pli­ków cook­ies dla tej wi­try­ny w swo­jej przeg­lą­dar­ce. Kliknięcie ikony * (w pra­wym gór­nym na­ro­żni­ku stro­ny) ozna­cza, że ak­ce­ptu­jesz pli­ki cookies na tej stro­nie. Ro­zu­miem, ak­cep­tu­ję pli­ki cook­ies!
*
:
/
G
o
[
]
Z
U

Wtorek – 22.07.14

Jest wtorek, godzina trzecia nad ranem. Po wyjściu z lotniska rozpoczynamy:

Safari dzień trzeci – Delhi, Chandigarh


Miejsce zakwaterowania:Delhi
Liczba mieszkańców:22 mln
Wysokość n.p.m.:239 m
Średnie temperatury:dzień: 34 °C, noc: 27 °C
Liczba noclegów:1
Odległość od poprzedniego postoju:2200 km


Przed lot­nis­kiem cze­ka na nas kie­row­ca. Uff! Ka­mień z ser­ca :-). Pro­wa­dzi nas do sa­mo­cho­du. Sa­mo­chód nie jest zbyt du­ży, część ba­ga­ży lą­du­je na da­chu, ale we­wnątrz nie jest źle. Ja za­jmu­ję miej­sce obok kie­row­cy. Za mną są dwa po­je­dyn­cze fo­te­le i z ty­łu trzy­o­so­bo­wa ka­na­pa, któ­rą za­jmu­ją dwie oso­by. Od kie­row­cy do­sta­ję tecz­kę z do­ku­men­ta­mi i ko­per­tę z kar­ta­mi do te­le­fo­nu. W te­czce są vou­che­ry na ho­te­le na każ­dy dzień oraz umo­wy na wy­na­jem sa­mo­cho­dów. Wszyst­ko pięk­nie wy­dru­ko­wa­ne i pod­pi­sa­ne. Do te­go kil­ka map, prze­wo­dni­ków i ma­te­ria­łów o miej­scach, do któ­rych się uda­je­my. Ru­sza­my w dro­gę.

Z lot­nis­ka ma­my oko­ło 15 km do ho­te­lu Ajan­ta, w któ­rym kwa­te­ru­je­my się ko­ło go­dzi­ny czwar­tej:

 

Hotel Ajanta. Delhi. Indie.

Trze­ba się sprę­żać, bo ra­no ru­sza­my. Przy­go­to­wu­ję sprzęt na ju­trzej­szy dzień (mu­szę prze­pa­ko­wać ba­ga­że), spraw­dzam kar­ty SIM. Dzia­ła­ją, in­ter­net jest, ale zo­sta­ły dwie, mo­że trzy go­dzi­ny snu. Nie ma żar­tów :-), je­szcze chwi­la i za­pa­dam w sen.

Dzień roz­po­czy­na­my śnia­da­niem o ós­mej. Śnia­da­nie jest w for­mie szwe­dzkie­go sto­łu. Na po­czą­tek to dob­rze, mo­że uda się stop­nio­wo prze­sta­wić na po­sił­ki pa­lą­ce usta :-).

Ru­sza­my ko­ło go­dzi­ny dzie­wią­tej. Je­dzie­my do Chan­di­garh – do prze­je­cha­nia ma­my 260 km au­to­stra­dą:

 

Odcinek: Delhi – Chandigarh.

ale naj­pierw mu­si­my wy­mie­nić do­la­ry na ru­pie i po­je­chać do biu­ra na­sze­go or­ga­ni­za­to­ra, że­by wpła­cić mu po­zo­sta­łą do za­pła­ty kwo­tę za tran­sport. Dość spra­wnie się z tym uwi­ja­my. Do­sta­je­my ru­pie w dob­rej ce­nie – 60 za do­la­ra. W biu­rze też wszyst­ko idzie po na­szej myś­li. Za­pła­ci­liś­my tro­chę mniej niż się spo­dzie­wa­liś­my, więc jest ok! O je­de­na­stej je­steś­my już na pe­ry­fe­riach Del­hi. Ro­bię pier­wsze zdję­cie z tra­sy:

 

Z tra­sy Del­hi – Chan­di­garh. In­die.

ale je­stem tu już trze­ci raz i nie­wie­le mo­że mnie tu za­sko­czyć. Ko­lo­ro­we cię­ża­rów­ki, lu­dzie na da­chach po­jaz­dów, po­la ry­żo­we – to już wi­dzia­łem, a noc by­ła krót­ka, więc pod­sy­piam. Wię­cej zdjęć z tra­sy nie ma :-). Oko­ło pięt­na­stej je­steś­my w Chan­di­garh.

Miejsce zakwaterowania:Chandigarh
Liczba mieszkańców:1 mln
Wysokość n.p.m.:321 m
Średnie temperatury:dzień: 37 °C, noc: 21 °C
Liczba noclegów:1
Odległość od poprzedniego postoju:260 km


Chan­di­garh (wym. Czan­di­gar) to mia­sto zbu­do­wa­ne od ze­ra. Sta­ło się tak, po­nie­waż po od­zys­ka­niu niepod­leg­ło­ści przez In­die w ro­ku 1947 stan Pen­dżab, na te­re­nie któ­re­go le­ży Chan­di­garh zo­stał po­dzie­lo­ny na dwie czę­ści. Część, w któ­rej znaj­do­wa­ła się ów­czes­na sto­li­ca sta­nu zna­laz­ła się w Pa­ki­sta­nie. Część in­dyj­ska sta­nu po­zo­sta­ła bez sto­li­cy. Wte­dy pod­ję­to de­cyz­ję o wy­bu­do­wa­niu zu­peł­nie no­we­go mia­sta. Głó­wnym ar­chi­tek­tem mia­sta był Le Cor­bu­sier.

Je­steś­my za­kwa­te­ro­wa­ni w ho­te­lu Hi­ma­chal Bha­wan. Do miejsc, któ­re chce­my zwie­dzić jest oko­ło 6 km. Dziś jest tro­chę wy­jąt­ko­wy dzień. Przy­le­cie­liś­my w no­cy, więc śnia­da­nie o ós­mej i tak by­ło dość wczes­ne, po­tem ko­nie­czna wy­mia­na wa­lu­ty i wi­zy­ta w biu­rze. To wszyst­ko spo­wo­do­wa­ło, że te­raz na zwie­dza­nie zo­sta­ło nam ma­ło cza­su. Pro­si­my kie­row­cę, że­by nam po­mógł. Pe­wno też jest tro­chę zmę­czo­ny, ale bez prob­le­mu po chwi­li ru­sza­my.

Nasz pierwszy cel, to Ro­ck Gar­den (Ogród skal­ny, zwa­ny też Ogro­dem rzeźb). Ku­pu­je­my bi­le­ty i wcho­dzi­my do środ­ka. We­wnątrz wy­so­ki mur, na środ­ku sa­dzaw­ka. Ob­e­szliś­my sa­dzaw­kę i tro­chę za­wie­dze­ni kie­ru­je­my się do wy­jścia. Py­ta­my prze­cho­dniów, czy to już wszyst­ko :-), a oni – że ma­my wejść w wąs­ką szcze­li­nę mie­dzy mu­ra­mi i po­ka­zu­ją gdzie. Wra­ca­my. I o ile wcześ­niej na­pi­sa­łem, że nie­wie­le mo­że mnie tu za­sko­czyć, tak tym ra­zem by­ło ina­czej. Na ob­sza­rze oko­ło 16 hek­ta­rów zbu­do­wa­no nie­ja­ko „kom­na­ty”. Są one od­dzie­lo­ne od sie­bie wy­so­kim mu­rem po­wo­du­ją­cym, że nie wi­dzi­my tego, co jest da­lej. Prze­jścia mię­dzy „kom­na­ta­mi” są dość wąs­kie i ukry­te, a ścia­ny od­gra­dza­ją­ce są po­kry­te ska­ła­mi i roś­lin­no­ścią. Ca­łość two­rzy jak­by la­bi­rynt i nie wie­my co spot­ka nas za na­stęp­nym prze­jściem. Przez ca­ły ogród prze­pły­wa stru­mień two­rzą­cy w nie­któ­rych miej­scach wo­do­spa­dy.

Po­go­da do fo­to­gra­fo­wa­nia sła­ba. Jest go­rą­co i du­szno, bra­ku­je błę­ki­tu nieba i słoń­ca, któ­re da­ło­by ja­kieś cie­ka­we oświet­le­nie:

 

Ro­ck Gar­den. Chan­di­garh. In­die.

Na pier­wszy rzut oka wy­glą­da to dość na­tu­ral­nie. Czu­je­my się jak w ja­kimś sta­ro­żyt­nym mie­ście po­chła­nia­nym przez dżun­glę. Wy­da­je się, że drze­wa wy­ra­sta­ją­ce ze ścian opla­ta­ją mu­ry swo­i­mi ko­rze­nia­mi. Ale to wszyst­ko jest be­ton :-). To, co na po­wyż­szym zdję­ciu wy­da­je się być zwi­sa­ją­cy­mi lia­na­mi, w rze­czy­wi­sto­ści jest me­ta­lo­wym zbro­je­niem wy­sta­ją­cym ze ścian :-). Te me­ta­lo­we dru­ty są po­wy­gi­na­ne jak ko­rze­nie i okle­jo­ne be­to­nem:

 

 

Rock Garden. Chan­di­garh. In­die.

Znie­chę­co­ny tro­chę tą sy­tua­cją (na po­cząt­ku wy­da­wa­ło mi się, że to praw­dzi­we ko­rze­nie) cho­wam apa­rat do tor­by :-(. Idzie­my da­lej. Ko­lej­na „kom­na­ta” i znów zdzi­wie­nie. Set­ki (a mo­że ty­sią­ce) fi­gu­rek wy­ko­na­nych z por­ce­la­no­wych od­pa­dów. Apa­rat wra­ca do łask :-):

 

Rock Garden. Chan­di­garh. In­die.

Te­raz wiem, cze­mu ogród ma dru­gą naz­wę – „Ogród rzeźb”. Ko­lej­ne „kom­na­ty” i mi­ja­my sta­da zwie­rząt (mał­pek, psów, sło­ni), gru­py lu­dzi. Męż­czyź­ni, ko­bie­ty, po­dob­ni do sie­bie, ale każ­da fi­gur­ka in­na. To nap­raw­dę ro­bi wra­że­nie:

 

 

 

 

 

 

Rock Garden. Chan­di­garh. In­die.

Z Rock Garden je­dzie­my obe­jrzeć Vid­han Sab­ha (in­na naz­wa to „Legislative Assembly”, czy­li Par­la­ment). W skład kom­plek­su wcho­dzą trzy, chy­ba naj­słyn­niej­sze bu­dow­le mia­sta, tj: Pa­la­ce of As­sem­bly (Par­la­ment), Sec­re­ta­riat (Se­kre­ta­riat) i High Court (Sąd Naj­wyż­szy). Wa­run­ki do fo­to­gra­fo­wa­nia co­raz słab­sze, ja już się pod­da­łem, ale Mar­ty­na nie da­je za wy­gra­ną i rzu­tem na taś­mę ła­pie je­szcze słyn­ną „ła­pę” – sym­bol Chan­di­garch:

 

Open hand. Chan­di­garh. In­die.

O dzie­więt­na­stej je­steś­my w hotelu i w koń­cu ma­my chwi­lę na upo­rząd­ko­wa­nie ba­ga­ży i od­po­czy­nek po po­dró­ży.

Komentarze: pokaż komentarze (2)

Serwisy 3n

Logo Kombi
Logo Wirtualnej Galerii
Logo Internetowego Banku Fotografii
Logo Interpretera PostScriptu
Logo Projektora K3D